ZARZĄD GŁÓWNY
Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów
WROCŁAW

Michał Siekierka

 

POLSKA CZYLI ADWOKAT Z URZĘDU

 

 

Polska musi bardzo wiele zmienić, jeżeli chodzi o główne kierunki polityki wschodniej, której bazowe założenia były oparte na prometejskiej idei budowania przywództwa w regionie (tzw. polityka jagiellońska), jak również stwarzaniu dobrych, przyjaznych warunków współpracy z innymi krajami przedmurza Europy i Azji.

Z żalem przychodzi mi stwierdzić, że pomimo ogromnego medialnego wsparcia, jakim cieszą się działania obecnego rządu, jesteśmy świadkami pasma klęsk tzw. Partnerstwa Wschodniego, a pozycja Warszawy jako lokalnego lidera oraz łącznika między wschodem, a Unią Europejską jest więcej niż życzeniowa. Jest to efekt m.in. kurczowego, niewzruszonego podtrzymywania idei Jerzego Giedroycia traktującej politykę wschodnią, jako pewnego rodzaju obowiązek polegający na nieustannym wspierania Ukrainy będącej rzekomym gwarantem bezpieczeństwa Polski.

Znamienne jest, że pozostałe państwa wymieniane przez Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, czyli Litwa i Białoruś, które również miały zapewniać Warszawie ochronę przed Moskwą nie cieszą się równie dużą atencją co Kijów a jakość i zażyłość utrzymywanych z nimi stosunków bilateralnych pozostają dalece od pożądanych.

Relacje na linii Warszawa – Wilno od lat nie kształtowały się najlepiej, o czym świadczył chociażby negatywny stosunek tego państwa do polskiej mniejszości narodowej, której zakazano posługiwania się rodzimym językiem w budynkach administracji publicznej oraz szkołach. Władze litewskie pomimo wielu upomnień nie respektowały większości postanowień zawartych w „Traktacie o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy”, łamiąc tym samym standardy współpracy międzynarodowej, wobec czego Warszawa pozostawała bezradna. Warto w tym kontekście przytoczyć niedawną wypowiedź prezydent Litwy Dali Grybauskaite, w której jak w soczewce widoczny jest polski imposybilizm - „Nie da się Polakom, jeżeli Polacy w zamian za przyjaźń będą o coś prosili”.

Do dalece od wzorcowych należą również stosunki z Białorusią, w których Rzeczpospolita skoncentrowała wszelkie swoje wysiłki na wspieranie niemalże nieistniejącej opozycji, co nie przeszkadzało Polskiej Prokuraturze w przekazaniu mińskiemu rządowi kluczowych informacji na temat Aleksandra Bielackiego jednego z największych oponentów Łukaszenki ściganego przez białoruski reżim. Ponadto, ciężko jest wskazać na jakiekolwiek deklarowane przez Warszawę działania mające pomagać w kształtowaniu społeczeństwa obywatelskiego o wartościach i wzorcach europejskich. Naród białoruski pomimo braku demokratycznych władz był nastawionym prorosyjsko, toteż niezwykle trudno było zaszczepić w nim zachodnie standardy, a w chwili obecnego militarnego zaangażowania Moskwy na wschodzie Ukrainy owa perspektywa wydaje się niemożliwa do zrealizowania.  

Kraje ULB stanowiące filar dla teorii Giedroycia zupełnie inaczej definiowały swoje cele jak i obawy, nie był im potrzebny polski wzorzec, a tym bardziej przywództwo regionalne, aby realizować swoje interesy wewnętrzne oraz zewnętrzne.

W przypadku innych krajów wschodnich, do niemalże nieistniejącej należy zaliczyć politykę z krajami Kaukazu. Przez lata utrzymywano w tamtym rejonie szczątkowe formy placówek dyplomatycznych, których działalność nie przyniosła Warszawie żadnych korzyści. Polska obecność ograniczała się do promocji standardów europejskich i agitacji na rzecz demokratyzacji i otwartości.

Z kolei stosunki z Rosją uległy diametralnemu pogorszeniu, jakie nie miało miejsca po rozpadzie ZSRR i obecnie znajdują się w fazie krytycznej, co dla niektórych uczestników i komentatorów życia publicznego jest powodem do dumy oraz zadowolenia. Do absurdu należy zaliczyć wielotygodniową medialną histerię spowodowaną deklaracją wjazdu na teren RP grupki kilku motocyklistów tzw. „Nocnych Wilków” pragnących przejechać trasę upamiętniającą zdobycie Berlina przez Armię Czerwoną. Abstrahując od intencji, zasadności, czy prowokacyjnego charakteru owego przedsięwzięcia warto zwrócić uwagę na rażącą asymetrię w przekazie medialnym, w którym po raz kolejny ofiary zbrodniczych ideologii są dzielone na zasługujące na pamięć oraz te niewygodne. W 2009 r. kiedy ukraińscy nacjonaliści planowali zorganizować rowerowy rajd „Europejskimi śladami Stepana Bandery” mający na celu uhonorowanie twórcy UPA odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej,  tylko nieliczni rodacy śledzący na bieżąco relacje polsko – ukraińskie mogli się o tym dowiedzieć. Temu wydarzeniu nie towarzyszyła ogólnokrajowa wspierana przez prasę i telewizję akcja protestacyjna pomimo, że analogicznie jak w przypadku „Nocnych Wilków” istniały uzasadnione przesłanki o chęci propagowania antypolskich, sprzecznych ze stanowionym prawem haseł.

Ten antyrosyjski nastrój rzucił się cieniem na relację polsko – węgierskie, gdyż premier Wiktor Orban oświadczył, że jego kraj nie będzie się angażował w konflikt ukraińsko – rosyjski. Zdaniem niektórych Węgry powinny czuć „moralną odpowiedzialność” gdyż to w Budapeszcie zostało zawarte w 1994 r. memorandum o nuklearnym rozbrojeniu Kijowa, jednakże stanowisko Orbana wobec kryzysu ukraińskiego było od początku umiarkowane. Głosy mówiące o poszanowaniu „praw obu stron konfliktu”, czy potępieniu „obu stron za użycie siły” wypowiedziane przez węgierskiego ministra spraw zagranicznych Jánosa Martonyia budziły nad Wisłą oburzenie. Jeszcze większym echem odbiły się słowa samego premiera o przyznanie autonomii dla węgierskiej mniejszości na Ukrainie oraz prawa do podwójnego obywatelstwa. Gdy szef Fideszu po spotkaniu z Władimirem Putinem przybył do Polski w dniu 19 lutego 2015 r. na debatę zorganizowaną przez Krajową Izbę Gospodarczą został potraktowany z wyższością przez polski rząd i premier Ewę Kopacz. Szef doradców politycznych Jan Vincent Rostowski po spotkaniu pani premier z Wiktorem Orbanem ocenił, że węgierski polityk „został przywołany do porządku” i „nie otrzymał żadnego rozgrzeszenia” za dystansowanie się do problemów Ukrainy. Premier Kopacz podkreśliła, że „jedność Grupy Wyszehradzkiej i potępienie polityki agresji jest rzeczą fundamentalną” – słowa te miały paść w „szczerej i trudnej rozmowie” między przedstawicielami obu rządów.

Od czasu wybuchu kryzysu na Ukrainie węgierski premier ubolewał z powodu oddalania się Unii Europejskiej od Rosji, zbyt pochopnego oceniania polityki Kremla oraz sankcji mocno godzącymi w węgierski eksport, toteż z niedawnego idola polskiej prawicy szybko stał się „marionetką Putina.”

Przy próbie omówienia polskiej polityki wschodniej nie sposób pomiąć jednego z najważniejszych tąpnięć ostatnich lat na linii Warszawa – Praga – Bratysława, czyli powstania „Trójkąta Sławkowskiego”. W dniu 29 stycznia 2015 r. z praskiej inicjatywy w leżącym w południowych Czechach Sławkowie zostało podpisane porozumienie między Austrią, Czechami, a Słowacją mające na celu pozbycie się Polski z funkcji unifikatora regionu oraz odcięcie się do narzuconej przez nią wojennej retoryki. Był to niewątpliwy cios dla nadwiślańskiej dyplomacji, gdyż nowa inicjatywa w praktyce prowadziła do rozpadu istniejącej od początku lat 90. Grupy Wyszehradzkiej, która w ostatnim okresie znajdowała się w stanie apatii. W ten sposób Czesi oraz Słowacy dali Warszawie do zrozumienia, że nie podzielają jej punktu widzenia i nie zamierzają bezkrytycznie (ślepo) wspierać wszystkich posunięć kijowskiego rządu, a tym bardziej angażować się w militarny konflikt. Powstanie „Trójkąta Sławkowskiego” w polskich mediach przeszło bez echa, a przecież była to sytuacja bezprecedensowa wymagająca szerokiego komentarza i pogłębionych analiz, zdecydowanie ważniejsza dla strategii i bezpieczeństwa kraju niż grupka motocyklistów z Rosji.

Należy podkreślić, że polityka Bohemii wyraźnie różniła się od tej, jaką prowadziły polskie władze, zarówno w Unii Europejskiej jak i na wschodzie kontynentu. Dał temu wyraz prezydent Czech Miloš Zeman podczas wywiadu radiowego, w którym porównał  marsze organizowane przez Ukraińców ku pamięci Stepana Bandery do nazistowskich praktyk a samego przywódcę UPA do  Reinharda Heydricha (zbrodniarza wojennego). „Z Ukrainą coś jest nie tak, 1 stycznia organizuje się pochody ku czci Bandery, który nawiasem mówiąc wygląda jak Reinhard Heydrich” (…) „Dokładnie tak samo, jak marsze organizowane przez nazistów za czasów nazistowskich Niemiec” (…)„coś nie takjest również z Unią Europejską, która nie zgłosiła żadnego protestu przeciw tym działaniom”.

Prezydent Zeman był również autorem listu, w którym przypominał, że Bandera miał zamiar przemianować Ukrainę na państwo wasalne wobec Niemiec oraz, że gdy Ukrainą rządził Wiktor Juszczenko Bandera został ogłoszony bohaterem narodowym. Prorocze okazały się dalsze słowa pierwszego obywatela Czech stanowiące o tym, że obecnie istnieje podobne zagrożenie, gdyż jeden z deputowanych ukraińskiej Dumy, planuje złożyć wniosek o upamiętnienie OUN – UPA.

Dodatkowo atakowany za swoje wypowiedzi (przez czterech proukraińskich naukowców) Zeman w odpowiedzi napisał na swoim profilu na Facebooku – „Macie pojęcie o słowach Bandery „Zabiję każdego Polaka od 16 do 60 lat”. Jeśli macie to zgadzacie się z tymi słowami? Jeśli się zgadzacie to moja z wami dyskusja jest zakończona. Jeśli o tych słowach Bandery nie słyszeliście, to żadni z was ukrainiści”.

Z tych i wielu innych podobnych wypowiedzi wynika, że Czesi, którzy również byli ofiarami ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej tak łatwo nie zapominają o swoich zmarłych (liczba ta jest znacznie mniejsza od zamordowanych polaków). Miloš Zeman w odróżnieniu od polskich polityków przemawiających i fotografujących się pod czerwono – czarną flagą miał odwagę upomnieć się o prawdę historyczną nie obawiając się reakcji władz w Kijowie.

Polska polityka wschodnia starająca się wmówić międzynarodowej opinii politycznej i publicznej, że kwestia ukraińska jest tożsama z interesem narodowych wszystkich europejskich państw poniosła klęskę. Nie była dobrze oceniana przez kraje graniczne, które okazały się być bardziej pragmatyczne jak również przez Zachód o czym świadczy nieobecność polskiej dyplomacji podczas rozmów o zawieszeniu broni w Mińsku. 

Od chwili obalenia prezydenta Janukowycza ambicją Warszawy było stworzenia jednego, wspólnego europejskiego frontu wspierającego nowe władze w Kijowie, których Polska starała się najgorętszym i najwierniejszym adwokatem na arenie międzynarodowej. Na dzień dzisiejszy trudno dostrzec jakiekolwiek benefity, czy to polityczne czy gospodarczo – handlowe z zaistniałego układu. Ukraina z niezwykłą sprawnością i bezczelnością wykorzystuje Polską naiwność, czego dowodem jest uchwalona 9 kwietnia 2015 r. ustawa nr 2538-1, której wnioskodawcą był Jurij Szuchewycz uznającą za formacje walczące o niepodległość Ukrainy m.in. Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię, oraz powstałą w 1945 r. Ukraińską Narodową Armię (wcześniej SS – Galizien). Dokument przewidywał również odpowiedzialność karną dla obywateli Ukrainy i cudzoziemców, którzy publicznie okażą „lekceważący stosunek” do formacji uznanych za walczące o niepodległość Ukrainy.

Co gorsza stało się to tego samego dnia, w którym polski prezydent Bronisław Komorowski wygłosił (kuriozalne) przemówienie w kijowskim parlamencie zachwycając się przy okazji ukraińskim hymnem. Na szczególną uwagę zasługują słowa głowy państwa odnoszące się do zaszłości historycznych -  „W okresie zniewolenia i Polacy, i Ukraińcy ulegli złowrogim podszeptom i dali się skierować przeciwko sobie. Apogeum konfliktu nastąpiło w czasie II wojny, gdy przelała się niewinna krew. Gdy Polacy i Ukraińcy stawali przeciwko sobie, zawsze korzystał z tego ktoś trzeci, kto czyhał na naszą wolność. Współczesnego dobrego dialogu naszych państw nie zakłócą dawne spory. Polacy i Ukraińcy umieją stawić czoło dzisiejszym sporom”. W przemówieniu padło jeszcze stwierdzenie, że „Polacy, i Ukraińcy ulegli złowrogim podszeptom” – warto się spytać kto i w jakim celu napuszczał Armię Krajową na np. SS – Galizien formację powstałą z inicjatywy Ukraińskiego Komitetu Centralnego.  

Budziły się wątpliwości, jak ta sytuacja wpisywała się w obchodzenie 75. rocznicy zbrodni katyńskiej na cmentarzu wojennym w Kijowie i Bykowni, gdzie prezydent Komorowski mówił – „pamięć o ofiarach, o zbrodni to broń, której możemy używać, by świat nie szedł w złą stronę” przypominać o trudnościach związanych z walką o pamięć zamordowanych w Katyniu oficerów.

Ile na dawnych Kresach Wschodnich II RP znajduje się takich bezimiennych mogił, których sprawcy zostali w obecności prezydenta Komorowskiego wyniesieni do godności bojowników o wolność. Raz jeszcze polskie władze pozwoliły dzielić ofiary na te godne pamięci, stanowiące przestrogę dla współczesnych oraz te niewygodne, psujące dobrosąsiedzkie relacje.

Nie ma wątpliwości, że obecność warszawskich władz w dniu ratyfikacji ustawy w zamyśle

Werchownej Radzie miała ją dodatkowo legitymizować, tak aby jej kontrowersja nie była przedmiotem debaty międzynarodowej. Jeśli Polacy największa ofiara ukraińskich nacjonalistów nie chcą protestować z pewnością  nie zrobi tego reszta świata.

Kluczowym pytaniem pozostaje, co dalej z polską polityką wschodnią? Czy polski rząd oraz środowiska mu wtórujące będą potrafiły przyznać się do popełnianych błędów? Jak długo pozostaniemy samozwańczym adwokatem Kijowa na arenie międzynarodowej, niepragnącym niczego w zamian? Czy bezkrytyczni zwolennicy Petra Poroszenki i Arsnija Jaceniuka w dalszym ciągu będą utrzymywać, że w ukraińskim parlamencie nie ma żadnych neobanderowców (skąd w takim razie ta ustawa)? Oraz kiedy debata o stanie polskiej polityki przestanie być prowadzona bezczelnymi słowami jakie Kresowianie mogli przeczytać w artykule „Realiści czy użyteczni idioci” autorstwa Piotra Grunsztyna („Do Rzeczy”, nr 8/107, 16 – 22 luty 2015, s. 56) – „Każdy, kto twierdzi, że Polska powinna zachwać neutralność w sprawie agresji rosyjskiem na Ukrainę, de facto pomaga Kremlowi. Niezależnie od motywacji w każdym takim przypadku jest albo pożytecznym idiotom, albo poputczikiem, albo agentem wpływu, albo zwykły zdrajcom.”

Całe szczęście, że idiotów nad Wisłą nigdy nie brakowało.

 

LIST OTWARTY DO PREZYDENTA RP BRONISŁAWA KOMOROWSKIEGO

 

Szanowny Panie Prezydencie,

po otrzymaniu wielu protestów od członków organizacji kresowych, kombatanckichoraz naszego Stowarzyszenia Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, którzyprzeżyli bestialskie zbrodnie dokonane na najbliższych, na terenach Kresów Południowo -Wschodnich II RP, przyjęliśmy z wielkim ubolewaniem wiadomość o tym, że RadaNajwyższa Ukrainy, 9 kwietnia 2015 nadała winnym zbrodni ludobójstwa status bojownikówo wolność.

Takie stanowisko naczelnych władz Ukrainy jest dla nas - rodzin 200 tysięcy ofiarwymordowanych przez OUN UPA nie do przyjęcia, gdyż mordercy naszych bliskich oficjalnie zostali uznani za bohaterów Ukrainy. W uchwale tej probanderowscy posłowie przyjęliponadto, iż każdy kto będzie „lekceważył weteranów i negował celowość ich walki" możezostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Może i nas, którzy głosimy prawdę oludobójstwie na naszych rodzinach czeka taka odpowiedzialność? Uchwałę tę przyjęliśmy zwielkim bólem, tym bardziej, że za okrutne i niespotykane w historii zbrodnie gloryfikuje sięludobójców jeszcze za życia naocznych świadków. W związku z tym wyrażamy ostry protest.

Panie Prezydencie, jest nam bardzo przykro, że uchwała została przyjęta podczas sesji Rady Najwyższej Ukrainy, w której Pan w godzinach porannych uczestniczył, wspominając,że promujemy włączenie Ukrainy w struktury Unii Europejskiej. Podjęcie uchwały w dniu, w którym był Pan gościem Rady Najwyższej traktujemy jako znieważenie Pana, będącego najwyższym przedstawicielem Państwa iNarodu Polskiego. My kresowianie chcemy wolnej i demokratycznej Ukrainy, ale na pewno nie banderowskiej.


Szczepan Siekierka - prezes SUOZUN

Jerzy Targalski broni kultu terrorysty Bandery

http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/isakowicz-zaleski/blogi/news-jerzy-targalski-broni-kultu-terrorysty-bandery,nId,1583056

1 stycznia br. w Kijowie, Lwowie, Odessie i innych miastach ukraińskich odbyły się marsze z okazji 106. rocznicy urodzin Stepana Bandery. Ich organizatorami były środowiska nacjonalistyczne i faszystowskie, odwołujące się wprost do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz SS Galizien i innych organizacji kolaboranckich z czasów II wojny światowej. Nic więc dziwnego, że marsze te wywołały wiele krytycznych opinii, także w Polsce. Dlatego też tym bardziej zaskakujący jest komentarz Jerzego Targalskiego, publicysty „Gazety Polskiej”, który „rozmydla” i bagatelizuje niebezpieczne zjawisko, twierdząc przy tym, że marsze ku czci Bandery to symbol walki z Rosją, a nie z Polską.
Takie stanowisko Targalskiego jest w kolizji z podstawowymi faktami historycznymi. W okresie międzywojennym bowiem Bandera i jego podwładni atakowali nie struktury Związku Radzieckiego (poza jednym wyjątkiem jakim był zamach na konsulat sowiecki we Lwowie), ale odradzającej się Rzeczypospolitej Polskiej. Z rąk banderowców w skrytobójczych zamachach i akcjach terrorystycznych zginęło wielu polskich obywateli, w tym minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki i poseł Tadeusz Hołówko, obaj wywodzący się z obozu piłsudczykowskiego. Nawiasem mówiąc, oba te mordy były dla marszałka Józefa Piłsudskiego bardzo bolesnym ciosem. Z kolei w czasie II wojny światowej ideologia banderowska, wzorowana na nazizmie niemieckim, doprowadziła do ludobójstwo setek tysięcy niewinnych ofiar, w tym bardzo wiele Żydów i sprawiedliwych Ukraińców.
Stanowisko Targalskiego jest też w kolizji ze zdrowym rozsądkiem. Obecny świat bowiem targany jest ustawicznymi aktami przemocy (dla przykładu: zamachy sprzed paru lat w Europie Zachodniej czy trwające obecnie na Bliskim Wschodzie ludobójstwo chrześcijan). Dlatego też pobłażanie dla kultu jakiekolwiek ludobójcy lub terrorysty, niezależnie od tego czy będzie nim Adolf Hitler, Józef Stalin, Osama bin Laden czy Stepan Bandera, może być pierwszym krokiem do tego, aby terroryzm uznać jako broń dozwoloną w walce z przeciwnikami politycznymi.
Trzeba przy tym pamiętać, że podobną filozofią kierowały się w XX w. niektóre kraje (np. USA i ZSRR), szkoląc i wspierając terrorystów. Oczywiście na złość swoim przeciwnikom. Jednak szybko okazywało się, że „podopieczni” wymykali się spod kontroli, a broń kierowali przeciwko swoim dobroczyńcom. Kult terrorysty Bandery jest dziś rzeczywiście głównie antyrosyjski, ale wcześniej czy później wróci do swoich korzeni, stając się znów antypolski i antysemicki, a przy tym bardzo proniemiecki. Historia lubi się powtarzać. Niestety.
 
Tadeusz Isakowicz-Zaleski 

Uroczystości w Czerwonej Wodzie 5 października 2014 r.

Czesława Skomorowska

Dzięki zaangażowaniom Alfreda Janickiego z Węglińca, Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, Władz Gminy i Miasta Węglińca i mieszkańców miejscowości Czerwona Woda, w dniu 5 października 2014 r. w kościele parafialnym odbyła się podniosła uroczystość uczczenia pamięci księży zamordowanych na Kresach Południowo Wschodnich II RP przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939 – 1947 i odsłonięcia tablicy pamiątkowej z nazwiskami 84 księży.

Mszę Świętą koncelebrowano z udziałem 10 księży, przewodniczył przedstawiciel biskupa legnickiego ks. prałat dr Leopold Rzodkiewicz, a homilię wygłosił ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Podczas uroczystości modlono się za ofiary polskiego duchowieństwa, księży i sióstr zakonnych, którzy często ginęli wraz zwiernymi, nierzadko podczas odprawiania Mszy Świętej.

W uroczystej Mszy uczestniczyła okoliczna ludność kresowa, władze Węglińca, księża, przedstawiciele organizacji kresowo-kombatanckich, Ochotnicza Straż Pożarna i młodzież szkolna. Po odsłonięciu i poświęceniu tablicy pamiątkowej oraz alei pamięci, złożono kwiaty i zapalono znicze.

W części oficjalnej głos zabrali przedstawiciele komitetu organizacyjnego, parlamentarzyści, władze gminy i miasta Węgliniec, księża i prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów Szczepan Siekierka.

Zebranym i organizatorom uroczystości przyświecało motto „Nie o zemstę lecz o pamięć wołają ofiary”.